Ułatwienia dostępności:
Rojewo 131, 88-111 Rojewo (52) 351 13 96
FB Szkoła FB Przedszkole E-Dziennik
Godło Polski

Zespół Szkolno-Przedszkolny w Rojewie

Szkoła Podstawowa im. Kazimierza Górskiego w Rojewie, Publiczne Samorządowe Przedszkole „Akademia Przedszkolaka" w Rojewie

Zdjęcie Szkoły 1
Zdjęcie Szkoły 2
Zdjęcie Szkoły 3
Zdjęcie Szkoły 4
Zdjęcie Szkoły 5
Zdjęcie Szkoły 6
Zdjęcie Szkoły 7
Zdjęcie Szkoły 8
Zdjęcie Szkoły 9
Zdjęcie Szkoły 10
Zdjęcie Szkoły 11
Zdjęcie Szkoły 12
Zdjęcie Szkoły 13
Zdjęcie Szkoły 14
Zdjęcie Szkoły 15
Zdjęcie Szkoły 16
Zdjęcie Szkoły 17
Zdjęcie Szkoły 18
Zdjęcie Szkoły 19
Zdjęcie Szkoły 20
Zdjęcie Szkoły 21
Zdjęcie Szkoły 22
Zdjęcie Szkoły 23
Zdjęcie Szkoły 24
Zdjęcie Szkoły 25
Zdjęcie Szkoły 26
Zdjęcie Szkoły 27
Zdjęcie Szkoły 28
Zdjęcie Szkoły 29
Zdjęcie Szkoły 30
Zdjęcie Szkoły 31
Zdjęcie Szkoły 32
Zdjęcie Szkoły 33
Zdjęcie Szkoły 34
Zdjęcie Szkoły 35
Zdjęcie Szkoły 36
Zdjęcie Szkoły 37
Zdjęcie Szkoły 38
Zdjęcie Szkoły 39
Zdjęcie Szkoły 40
Zdjęcie Szkoły 41
Zdjęcie Szkoły 42
Zdjęcie Szkoły 43

Prezentujemy zbiór krótkich bajek edukacyjnych skierowanych do uczniów klas młodszych.

Prezentujemy zbiór krótkich bajek edukacyjnych skierowanych do uczniów klas młodszych. Opowieści poruszają ważne tematy, takie jak przyjaźń, zazdrość, szacunek, empatia oraz radzenie sobie z emocjami i trudnymi sytuacjami w relacjach rówieśniczych. Bajki zostały przygotowane z myślą o dzieciach, nauczycielach i rodzicach – jako materiał do czytania, rozmowy i wspólnej refleksji.

Kasia i Cień 

Kasia uwielbiała próbować nowych rzeczy, ale tylko wtedy, gdy była pewna, że jej się uda. Gdy ktoś zapraszał ją do gry, śpiewu albo konkursu plastycznego, kiwała głową z entuzjazmem – lecz tylko dopóki wszystko wychodziło. Wystarczyło jedno potknięcie, a na ścianie pojawiał się on – Cień Porażki.

Miał kształt małego duszka z szarymi oczami. Siadał obok Kasi i szeptał:

— Po co próbować? I tak się ośmieszysz.

Pewnego dnia na lekcji WF-u klasa uczyła się kozłować piłkę. Sala gimnastyczna dudniła od stukotu piłek o podłogę. Kasia stała z boku, przyglądając się koleżankom.

— Kasia, twoja kolej! — zawołała nauczycielka.

Dziewczynka złapała piłkę, uśmiechnęła się niepewnie i spróbowała. Piłka uciekła jej spod ręki i potoczyła się aż pod drabinki. Kilka dzieci chichotało.

— Widzisz? — mruknął Cień, przysiadając na jej ramieniu. — Lepiej usiądź.

— Ale ja mogę jeszcze raz… — szepnęła Kasia, sama niepewna, czy mówi do siebie, czy do niego.

Pani podeszła spokojnie.

— Wiesz, Kasia, każdy Cień można oswoić, jeśli włączysz mu małą lampkę odwagi.

— Lampkę? — spytała zdziwiona Kasia.

— Tak. W twoim przypadku będzie to zasada: „Jeszcze trzy próby”. Za każdym razem, gdy chcesz się poddać, spróbuj trzy razy więcej.

Kasia spojrzała na piłkę, potem na Cień.

— Trzy próby — powtórzyła cicho. — Dobrze.

Pierwsza próba: piłka znów uciekła.

Druga: podbiła ją dwa razy, ale straciła rytm.

Trzecia: piłka posłusznie odbiła się pięć razy z rzędu!

— No, widzisz? — zawołała pani — Lampka działa!

Cień skurczył się nieco i przesunął ku rogowi sali. Patrzył ukradkiem, jak Kasia ćwiczy dalej.

Kilka dni później Cień znów pojawił się na plastyce. Kasia malowała pejzaż, ale przypadkiem rozlała niebieską farbę.

— Naprawdę? — westchnął Cień. — Lepiej przestań, zanim popsujesz całość.

Dziewczynka odłożyła pędzel… i przypomniała sobie słowa nauczycielki.

— Jeszcze trzy próby! — powiedziała głośno.

Uśmiechnęła się i z plamy farby zrobiła niebo z krążącymi ptakami. Obraz okazał się jednym z najładniejszych w klasie.

Z czasem Kasia nauczyła się rozmawiać z Cieniem spokojnie:

— Wiem, że się boisz, ale ja spróbuję.

A gdy znów coś nie wychodziło, mówiła po prostu:

— Jeszcze tylko trzy próby.

Po kilku tygodniach Cień był tak mały, że mieścił się w pudełku na kredki. Czasem jeszcze wychylał głowę, ale Kasia wiedziała już, że potrafi go rozświetlić — swoim uporem i małą lampką odwagi, która świeciła coraz jaśniej.

Marta Szatkowska

Olek i Kamień

Olek od zawsze lubił być wśród innych dzieci. Lubił śmiech na przerwach, wspólne budowanie z klocków i zabawy w klasie. Ale ostatnio coś się zmieniło.

Na przerwach zauważył, że koledzy tworzą grupki. Umawiali się na wspólne granie po lekcjach, a jego nikt już nie zapraszał.
Wtedy Olek stał sam przy oknie, udając, że przegląda zeszyty albo szuka gumki w plecaku.

W jego sercu pojawił się kamień. Najpierw był maleńki, jak guzik, ale z każdym dniem stawał się twardszy i cięższy.
Kamień szeptał cienkim, zimnym głosem:
— Lepiej nie mów do nich, i tak cię nie chcą.

Olek próbował go zignorować, ale gdy słyszał śmiechy kolegów, kamień robił się coraz bardziej dokuczliwy.

Pewnego dnia po szkole pani od plastyki zapowiedziała projekt:
— Dzieci, dziś robimy plakaty o przyjaźni. Pracujcie w parach.

W klasie rozpoczął się gwar – dzieci z zapałem dobierały się w dwójki.
Po chwili wszyscy siedzieli już razem… oprócz Olka.

Zawahał się, podniósł wzrok i zobaczył, że naprawdę został sam.
Kamień w sercu zrobił się tak ciężki, że aż trudno mu było oddychać. Ścisnął kredki w dłoni, żeby nikt nie zobaczył, że ma łzy w oczach.

Nagle usłyszał delikatny głos:
— Mogę z tobą?

To była Zosia, nowa dziewczynka w klasie. Miała kolorową spinkę i nieśmiały uśmiech.
— Jasne… — odpowiedział Olek cicho, a kamień lekko zadrżał.

Podczas pracy Zosia opowiadała o swojej starej szkole.
— Wiesz, ja też czasem siedziałam sama. Myślałam, że ze mną coś nie tak. Ale potem znalazłam przyjaciółkę, bo odważyłam się powiedzieć „hej”.

Olek słuchał uważnie. W środku poczuł coś nowego — jakby ciepły promyk dotknął zimnego kamienia.

— To jaki tytuł damy naszemu plakatowi? — spytała Zosia.
— Może… „Przyjaźń zaczyna się od hej”? — zaproponował. Zosia uśmiechnęła się szeroko.
— Idealny!

Po lekcjach Olek wrócił do domu i opowiedział mamie o kamieniu. Mama słuchała uważnie, głaszcząc go po głowie.
— Wiesz, synek, ten kamień pojawia się czasem wtedy, gdy boimy się, że nikt nas nie chce — powiedziała spokojnie. — Ale każdy kamień można oszlifować, jeśli damy mu trochę ciepła i rozmowy.

Olek spojrzał na nią poważnie.
— Czyli… jak powiem komuś „hej”, to kamień się zmniejszy?
— Właśnie tak. Każde ciepłe słowo to odrobina światła, która go topi.

Od tego dnia Olek postanowił, że kiedy tylko poczuje kamień, zrobi malutki krok w stronę innych. Czasem to był tylko uśmiech. Czasem krótkie:
— Hej, mogę z wami?

Nie zawsze od razu dostawał zaproszenie czy odpowiedź, ale to już mu nie przeszkadzało. Kamień stawał się coraz lżejszy — jak drobny kamyk, który można schować do kieszeni i który przypomina o odwadze, nie o smutku.

A kiedy na przerwie zobaczył nowego chłopca stojącego samotnie przy drzwiach, podszedł i powiedział z uśmiechem:
— Hej, chcesz z nami grać?

Wtedy kamień w jego sercu zamienił się w coś jasnego i ciepłego —w mały, świecący kryształ odwagi.

Marta Szatkowska

Marek i Iskra

Marek miał dziewięć lat i młodszego brata Antka. Antek był uroczy – wszyscy to mówili.
— Jakie on ma cudne loczki!
— Ale pięknie śpiewa!
— Patrzcie, jak rysuje!

Marek też śpiewał całkiem nieźle i potrafił zbudować z klocków ogromny zamek, ale jakoś rzadko ktoś na to zwracał uwagę.

I wtedy pojawiała się iskra.

Była jak maleńki, rozpalony węgielek, który nagle wpadał mu do serca. Najpierw grzała delikatnie, potem coraz mocniej, aż w uszach zaczynało szumieć.
Czasem Marek czuł, jak policzki mu płoną, a ręce same chcą się zacisnąć w pięści.
— Niech oni też mnie zauważą — szeptała Iskra. — Przecież też coś potrafisz!

Pewnego dnia w szkole pani ogłosiła konkurs plastyczny. Temat: Moje marzenie.
Marek od razu wiedział, co narysuje — wyprawę na Marsa! Siedział godzinami, rysując rakietę, planety i rozgwieżdżone niebo.

Tydzień później przyszły wyniki.
Wygrał… Antek.

— Och, jaki on zdolny! — zachwycała się mama w domu. — Widzieliście ten jego obrazek z kotkiem? Taki uroczy!
Marek poczuł, że w środku coś się rozżarza.
Czerwona Iskra podskoczyła mu na ramieniu i zasyczała:
— Widzisz? Znowu on. Nigdy nie będziesz tak dobry.

— Super… — wymamrotał Marek i wyszedł z pokoju, zanim ktoś zobaczył łzy w jego oczach.

Zamknął się w swoim kącie, przy łóżku i przytulił kolana. Czerwona Iskra tańczyła niespokojnie w jego sercu.
— Może lepiej nic nie robić. Po co próbować? — warknęła.

Po chwili do pokoju zapukał tata.
— Hej, kapitanie od rakiet, mogę wejść? — zapytał łagodnie.
Marek tylko wzruszył ramionami. Tata usiadł obok.

— Widzę, że coś cię gryzie.
— Wszyscy tylko mówią o Antku… — wybuchł Marek. — Jakbym ja się nie liczył.

Tata przytaknął.
— To, co czujesz, to zazdrość, Marek. Wiesz, każdy ją zna. Nawet dorośli.
— To dlaczego boli jak ogień?
— Bo ta Czerwona Iskra, którą masz w sobie, nie jest zła. Ona po prostu mówi: „Zobacz mnie też, potrzebuję uwagi”.

Marek spojrzał na ojca zaskoczony.
— To… nie muszę jej gasić?
— Nie. Spróbuj ją zrozumieć. Kiedy poczujesz, że zaczyna trzaskać, zatrzymaj się i zapytaj: „Czego mi brakuje? Co chcę powiedzieć?”. Czasem wystarczy kilka spokojnych słów zamiast wybuchu.

Następnego dnia mama znowu pochwaliła Antka:
— Antek, jak pięknie posprzątałeś swój pokój!

Marek poczuł znajome ciepło w policzkach — Iskra już się budziła. Ale tym razem zrobił wdech, przypomniał sobie słowa taty i powiedział:
— Mamo, ja też zrobiłem coś fajnego. Chcesz zobaczyć mój nowy rysunek?

Mama spojrzała z uśmiechem.
— Oczywiście! Pokaż, skarbie.

Marek przyniósł kartkę z rakietą i czerwonym napisem „Misja: Odwaga”.
— Narysowałem siebie i Antka, lecących razem na Marsa — powiedział nieśmiało.

Mama przytuliła go mocno.
— To wspaniały pomysł! Naprawdę jestem z ciebie dumna.

Wtedy Czerwona Iskra nie zgasła — świeciła ciepłym, miękkim światłem.
Już nie parzyła. Oświetlała Markowi drogę, przypominając:
„Zazdrość to znak, że coś jest dla ciebie ważne. Możesz ją zamienić w odwagę, żeby pokazać siebie.”

I gdy następnym razem Antek znów był w centrum uwagi, Marek już wiedział, że ma w sobie własny płomień — inny, ale równie silny.

Marta Szatkowska

Tymek i Duszek

Tymek miał osiem lat i był naprawdę bystrym chłopcem. Znał na pamięć dinozaury z różnych epok, potrafił rozwiązywać logiczne łamigłówki i lubił wymyślać ciekawe pytania.
Ale był ktoś, kto często psuł mu radość — Drżący Duszek.

Drżący Duszek nie był zły. Był przezroczysty jak mgła i drżał lekko, jak liść na wietrze. Pojawiał się zawsze wtedy, gdy Tymek miał odezwać się przy wszystkich — odpowiedzieć pani, wystąpić na apelu albo przeczytać coś głośno.

Kiedy Duszek stawał obok, Tymek czuł gorąco w brzuchu i ścisk w gardle.
— Nie odzywaj się — szeptał Duszek cienkim głosem. — Pomylisz się, będą się śmiać…
Wtedy Tymek spuszczał wzrok i udawał, że szuka czegoś w piórniku.

Pewnego dnia pani powiedziała:
— Dzieci, jutro każdy z was opowie jedno zdanie o swoim ulubionym zwierzęciu.

W klasie rozległ się wesoły gwar. Tylko Tymek poczuł, że w brzuchu robi mu się ciężko. Wiedział, że Drżący Duszek już czai się tuż za nim.
— Lepiej się nie zgłaszaj — mruczał. — I tak zapomnisz, co chciałeś powiedzieć.

Po powrocie do domu Tymek schował głowę pod poduszkę.

Po chwili do pokoju zajrzał tata.
— Co się dzieje, Tymku?
— Boję się jutra… Jak coś powiem i się pomylę, wszyscy będą się patrzeć.
Tata usiadł obok łóżka.
— Wiesz, ja też kiedyś miałem takiego Duszka.
— Ty też? — Tymek uniósł głowę.
— Tak. I trząsł się jeszcze bardziej niż ja! Ale wiesz co? Nauczyłem się z nim rozmawiać. Chcesz spróbować?

Tymek kiwnął głową. Tata podał mu kartkę i kredki.
— Narysuj swojego Duszka takim, jakim go czujesz.

Tymek narysował bladego, drżącego Duszka z wielkimi oczami i ustami w kształcie litery „O”.
— Gotowe — powiedział cicho.

— Świetnie. A teraz zapisz, co Duszek ci zwykle mówi.

Tymek dopisał w dymkach:
🗯️ „Nie mów nic.”
🗯️ „Na pewno się pomylisz.”
🗯️ „Wszyscy będą się śmiać.”

— Dobrze — powiedział tata. — Teraz pomyśl, jak ty chciałbyś mu odpowiedzieć.

Tymek po chwili napisał:
🗯️ „Mogę się pomylić i to nic strasznego.”
🗯️ „Nie muszę być idealny.”
🗯️ „Mogę się bać i mówić jednocześnie.”

Tata uśmiechnął się z uznaniem.
— Widzisz? Teraz masz nad nim przewagę.

Następnego dnia Tymek czuł, że Duszek stoi tuż obok niego. Serce biło mu szybko.
„To tylko Duszek” — pomyślał. — „Nie musi mną rządzić.”

Kiedy przyszła jego kolej, zrobił głęboki wdech i powiedział:
— Mój ulubiony zwierzak to stegozaur, bo miał ogon z kolcami i drugi mały mózg przy kręgosłupie!

W klasie zapadła cisza, po czym dzieci zaczęły dopytywać:
— Naprawdę miał dwa mózgi?!
Tymek się uśmiechnął, a Duszek stał cicho w kącie — już nie drżał.

Po lekcjach Tymek narysował swojego Duszka jeszcze raz. Tym razem był mniejszy i spokojny, a pod rysunkiem chłopiec napisał:
„Odwaga to nie brak strachu. To rozmowa z nim.”

Marta Szatkowska

Tomek i zazdrość

W drugiej klasie szkoły podstawowej uczyło się dwóch chłopców: Tomek i Kuba.
Siedzieli w tej samej ławce, choć byli bardzo różni.

Kuba był cichy, serdeczny i bardzo pomysłowy. Lubił pomagać innym, a jego zeszyty zawsze wyglądały jak małe dzieła sztuki — staranne i pełne rysunków.
Tomek natomiast lubił, kiedy wszyscy na niego patrzyli. Co tydzień miał coś nowego: buty, zegarek, piórnik.

– Zobaczcie, jaki mam zegarek! – pochwalił się pewnego ranka. – Wskazówki świecą w ciemności!
– Super! – zachwycił się jeden z chłopców.
Kuba tylko się uśmiechnął i wrócił do odrabiania zadania.

Ale Tomek zauważył, że pani znów pochwaliła Kubę:
– Świetnie, Kubo, bardzo ciekawy pomysł!

Tomek poczuł, jakby coś ścisnęło go w środku. Zrobiło mu się gorąco i niewygodnie.
„Dlaczego zawsze on?!” – pomyślał z goryczą.

Na przerwie, kiedy dzieci wyszły na korytarz, Tomek zebrał kilku kolegów.
– Wiecie, co? Ten nasz Kuba to chyba myśli, że jest najmądrzejszy na świecie! Pewnie śpi z książką pod poduszką! – zaśmiał się głośno.
– Hahaha! – zawtórował mu Bartek. – Albo ma komputer w głowie!
– Albo baterie na lekcje! – dodał inny chłopak.

Kuba przechodził akurat obok. Uśmiech zniknął mu z twarzy.
– Przestańcie, to wcale nie jest śmieszne – powiedział cicho.
– Ooo, patrzcie, obraził się! – drwił Tomek. – Mądrala się gniewa!

Chłopcy parsknęli śmiechem i pobiegli na boisko. Tylko Kuba został z boku, udając, że czegoś szuka w plecaku. Łzy zakręciły mu się w oczach, ale szybko je otarł.

Po lekcjach pani Anna, wychowawczyni, zauważyła, że Kuba siedzi sam w ławce.
– Kubo, coś się stało? – zapytała łagodnie.
– Nie… po prostu jestem zmęczony – odparł cicho, unikając spojrzenia.

Kilka dni później pani ogłosiła zawody sportowe i sprawdzian z matematyki.
– Każdy z was będzie miał szansę zabłysnąć! – uśmiechnęła się.
Tomek aż klasnął z radości.
– Ooo, to dla mnie! Tata obiecał mi super buty do biegania – najlepsze w sklepie.

Na przerwie Kuba rozmawiał z kolegą o przygotowaniach:
– Codziennie po lekcjach biegam za szkołą. Może i tym razem się uda!
Tomek usłyszał i prychnął.
– Nie pomoże ci bieganie w starych trampkach! Moje buty same lecą do mety!

Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Kuba tylko wzruszył ramionami.
– Każdy biega na własnych nogach, Tomek – odpowiedział spokojnie.

Nadszedł dzień zawodów. Tomek błyszczał w swoich nowych butach i był pewny zwycięstwa.
– Gotowy na przegraną? – spytał z drwiną Kuby.
– Zobaczymy – odparł Kuba bez złości.

Start! Najpierw Tomek pobiegł jak szalony, ale po chwili zaczął tracić siły. Kuba biegł równo i wiatr poruszał jego włosy. Na końcu to właśnie on przekroczył linię mety pierwszy.
Kiedy pani wręczała mu medal, Tomek stał z boku, cały czerwony — nie tylko z wysiłku, ale i wstydu.

Następnego dnia pisali sprawdzian. Tomek wpatrywał się w swoje kolorowe długopisy, ale zadania zdawały się trudniejsze, niż myślał. Zerkając na Kubę, zobaczył, jak ten pisze spokojnie, z uśmiechem.

Po lekcjach Tomek został sam. Zegar na jego ręce tykał głośno.
Wtedy do klasy zajrzał Kuba.
– Zostałeś? – zapytał spokojnie.
Tomek spuścił wzrok.
– Przepraszam… zazdrościłem ci. I mówiłem o tobie głupstwa.
Kuba przez chwilę milczał, potem uśmiechnął się lekko.
– Wiesz, każdy może się pomylić. Ważne, żeby to zrozumieć.

– Czy… pomógłbyś mi trochę w nauce? – zapytał Tomek nieśmiało.
– Jasne! A ty możesz mnie nauczyć grać w szachy, słyszałem, że jesteś świetny.

Od tego dnia często siadali razem — czasem przy książkach, czasem przy szachownicy.
Koledzy, którzy wcześniej się śmiali, patrzyli z zaskoczeniem.
– Ej, Tomek, serio siedzisz z Kubą? – spytał Bartek.
– Tak – odpowiedział spokojnie Tomek. – I wiesz co? Fajnie jest mieć takiego kumpla.

Od tamtej pory Tomek przestał popisywać się nowymi rzeczami. Zrozumiał, że to nie one czynią człowieka wartościowym.
Bo prawdziwy skarb to dobroć, przyjaźń i chęć, by być lepszym człowiekiem.

Marta Szatkowska

Niewidzialne a najważniejsze

W klasie 2A była dziewczynka, która zawsze siedziała sama.
Miała na imię Zosia. Nie nosiła błyszczących spinek ani modnych bluz. Jej plecak był trochę sprany, a kanapki chowała w zwykłym woreczku. Nie dlatego, że nie chciała mieć modnych rzeczy – po prostu nigdy o to nie prosiła.

Na początku nikt nie zwracał na to uwagi. Ale pewnego dnia Ala, która zawsze lubiła być w centrum, powiedziała głośno na przerwie:
– Patrzcie, Zosia ma chyba najzwyklejszy plecak w całej szkole!
Filip zaśmiał się:
– I kanapki w woreczku! Kto tak teraz robi?

Kilka dzieci zachichotało. Zosia poczerwieniała, ale nic nie odpowiedziała.
– Oj, przestańcie – powiedziała cicho Lena, siedząca obok. – To tylko plecak.
– Oj tam, czepiasz się – machnęła ręką Ala. – Ja bym się wstydziła z takim chodzić.

Od tego dnia coś się zmieniło. Nikt nie zapraszał Zosi do zabawy w berka, a kiedy dzieci rysowały razem prace plastyczne, zawsze zostawało jedno wolne miejsce – obok niej.
– Może ktoś dołączy do Zosi? – pytała pani.
W klasie zapadała cisza, aż wreszcie ktoś podnosił rękę z niechęcią.

Zosia jednak się nie złościła. Uśmiechała się, gdy inne dzieci narzekały, że nie potrafią czegoś zrobić.
– Mogę ci pomóc? – pytała z cichym uśmiechem.
– Eee… jeśli chcesz – odpowiadali z wahaniem.

Kiedy Ola zgubiła linijkę, Zosia podała jej swoją.
Kiedy Kajtek nie rozumiał zadania z matematyki, Zosia usiadła obok i tłumaczyła mu spokojnie, aż zrozumiał.
A gdy pani poprosiła, by ktoś został po lekcji i pomógł zebrać prace, Zosia była pierwsza, która wstała z krzesła.

Tymczasem Ala i Filip coraz częściej śmiali się z innych.
– Co to za bohaterka – powiedział kiedyś Filip. – Zawsze taka grzeczna! Nuda na kółkach!
Ala przytaknęła, ale później, kiedy Zosia pomogła jej znaleźć zgubiony notes, przez chwilę zrobiło jej się głupio.

Pewnego dnia pani ogłosiła konkurs wiedzy.
– Będziecie pracować w zespołach. Każda drużyna musi wspólnie odpowiedzieć na pytania. Liczy się współpraca!

Dzieci podskoczyły z radości, zaczęły tworzyć grupy.
– Ala, Filip, idziemy razem! – zawołała Lena.
Zosia została sama. Pani Anna zauważyła to i zapytała:
– Kto jeszcze ma miejsce w swojej drużynie?
Nikt się nie odezwał. Po chwili Filip mruknął:
– Może do nas… skoro nikt inny nie chce.

Zosia nie wyglądała na zmartwioną.
– Dziękuję – powiedziała cicho i usiadła przy ich stoliku.

Na początku poszło im dobrze, dopóki nie przyszło zadanie z zagadką logiczną.
Ala i Filip patrzyli na kartkę bezradnie.
– To niemożliwe – mruknęła Ala. – Przecież tego nikt nie rozwiąże.
Zosia podniosła rękę.
– Jeśli chcecie, mogę spróbować.
– Ty? – zdziwił się Filip.
– No dobrze, spróbuj – dodała Ala z nutą ironii.

Zosia pochyliła się nad kartką, chwilę pomyślała i zaczęła coś rysować. Po kilku minutach podała odpowiedź. Nauczycielka uśmiechnęła się szeroko.
– Świetnie! To poprawne rozwiązanie!

Cała klasa zaczęła bić brawo. Ala spojrzała na Zosię z lekkim wstydem.
– Dzięki… bez ciebie byśmy nie wygrali – przyznała cicho.
Filip kiwnął głową.
– No, jednak masz coś w głowie!

Pani Anna podsumowała konkurs, patrząc na uczniów poważnie:
– Dzieci, zapamiętajcie jedno. Nie patrzmy na to, co ktoś ma w tornistrze, ale na to, co ma w sercu. Czasem to, co niewidzialne, ma największą wartość.

Od tamtej pory Zosia nie siedziała już sama. Ala i Filip zaczęli ją częściej zapraszać do zabawy.
Pewnego ranka Ala podeszła do Zosi z uśmiechem i podała jej czekoladowego muffina.
– Wiesz co? – powiedziała szczerze. – Ja też czasem bywam głupia. Woreczek czy śniadaniówka to nieważne. Fajnie, że jesteś naszą koleżanką.

Zosia uśmiechnęła się szeroko.
– Dziękuję, Ala. To najpiękniejszy prezent, jaki mogłam dostać.

A niewidzialne serce Zosi od tego dnia świeciło tak jasno, że wszyscy w klasie zaczęli je widzieć – w jej serdecznym uśmiechu, życzliwym spojrzeniu i pomocy, którą dawała każdemu, kto jej potrzebował.

Bo prawdziwa wartość człowieka nie błyszczy na plecaku – ona świeci w sercu.

Marta Szatkowska

Chwila sławy Adasia

Był sobie chłopiec o imieniu Adaś. Chodził do drugiej klasy i był bystry, uśmiechnięty oraz bardzo ciekawy świata. Miał jednak jedną wielką potrzebę – chciał zabłysnąć przed innymi i być zauważony przez kolegów.

W szkole Adaś widział, że niektórzy uczniowie mówią brzydkie słowa. Kiedy ich używali, inni się śmiali i zwracali na nich uwagę. Adaś pomyślał:

– Jeśli ja też tak będę mówił, wszyscy mnie zapamiętają.

I tak zaczął. Na przerwach mówił nieładnie, choć wcale mu się to nie podobało. Udawał odważnego i głośnego chłopca, choć w środku czuł lekki smutek. Koledzy najpierw się śmiali, ale szybko przestali. Niektórzy mówili:

– Adaś, to nie jest miłe.

Pani w klasie zauważyła zmianę i zrobiło jej się przykro. Adaś dostał uwagę, a atmosfera wokół niego stała się ciężka jak chmura przed deszczem.

Co innego działo się w domu. Przed rodzicami Adaś był prawdziwym aniołkiem. Pomagał mamie, słuchał taty i mówił grzecznie. Rodzice byli z niego dumni i nie wiedzieli, że w szkole Adaś zachowuje się zupełnie inaczej.

Pewnego dnia pani zaprosiła rodziców Adasia na rozmowę. Chłopiec bardzo się denerwował. W końcu zebrał się na odwagę i powiedział prawdę. Przyznał, że chciał być lubiany i dlatego zaczął mówić brzydko.

Mama przytuliła Adasia i powiedziała:

– Najważniejsze jest to, żebyś był sobą. Jesteśmy z ciebie dumni, kiedy jesteś szczery.

Od tego dnia Adaś postanowił się zmienić. Przestał używać brzydkich słów i zaczął być taki jak w domu – miły, pomocny i prawdziwy. Ku jego zdziwieniu koledzy znów zaczęli go lubić, a nawet zapraszać do zabawy.

Adaś zrozumiał, że nie trzeba udawać kogoś innego, żeby zabłysnąć. Czasem wystarczy być dobrym i szczerym.

Najpiękniej świeci ten, kto jest sobą i traktuje innych z szacunkiem.

Marta Szatkowska

Jak do nas dojechać?